|
|
KRĄŻNO woda, która nas nie oszczędza. (18.05.2010)
Tak naprawdę to tym razem chciałem jechać na PZW, ale, że pogoda pokrzyżowała plany to postanowiłem poszukać przygód na Krążnie.
Dzwonię do Marcina, który siedział na Krąznie od poniedziałku do środy, co by mnie echo oddał, jak się dowiedział, że jadę szybka
decyzja i jedziemy we dwa ( jak zwykle). Już w drodze na łowisko od Czesława dowiedziałem się, że siedzą tam nasi, no tak, będzie się działo.
Gdy zameldowaliśmy się nad wodą Koledzy Marek, Darek i Łukasz na dzień dobry poczęstowali nas złocistym płynem o dźwięcznej nazwie Jim Beam,
Wypiłem łapczywie widząc jak Marcin prosi o jeszcze. Chwilę potrwało za nim udało się nam, z bolącym sercem, uwolnić z objęć suto zakrapianej
imprezy jednak musieliśmy jeszcze zamontować obozowisko no i kije zamoczyć a już pomału zaczynało zmierzchać. Tym razem na miejscówkę wybraliśmy
zatokę tym bardziej, ze właśnie tam siedział do środy Marcin i regularnie sypał, więc istniała szansa, że połowimy. Pogoda, no tak, jak zwykle
mokro, zimno i deszcz, dlaczego mnie to nie dziwi. Temperatura powietrza około 8 C temperatura wody około 12C. Postawiliśmy markery w dwóch
różnych miejscach celem wybadanie gdzie rybka będzie żerowała. Marcin postanowił łowić głęboko w zatoce na gruncie około 2,8m ja z kolei
postawiłem marker na wejściu do zatoki na gruncie około 3,5 m. Reszta grupy zainstalowała się wzdłuż brzegu od strony drogi. Gdy udało się
już wszystko zainstalować przeszliśmy do mniej oficjalnej części zasiadki a mianowicie konsumpcji. I tak na konsumowaniu zeszło nam do późnych
godzin nocnych. Późną porą odwiedziła nas przyjacielsko nastawiona grupa z drugiego brzegu na czele z właścicielem łowiska. Wspólnymi siłami
pełni poświęcenia i wyrzeczeń wypiliśmy wszystko, co mieliśmy. Rozmowa dotyczyła wszechrzeczy często przerywana salwami śmiechu, gardło jeszcze boli.
Kolejny raz próbowałem wyjaśnić Kolegom aspekt filozoficzny przygody pt. wędkarstwo karpiowe i wydaje mi się, że nieudało się, ale nie spocznę
i będę próbował dalej.
Tego wieczoru i w nocy niestety ani ja ani Marcin nie usłyszeliśmy dźwięku naszych sygnalizatorów. Dopiero następnego dnia na tomusiowym delkimie pojechało.
Karp zaparkował w zielsku. Kilka energicznych ruchów i udało się wyprowadzić rybkę na otwartą wodę chwilka profesjonalnego holu i ryba ląduje na brzegu.

Z matą niewiele ponad 10 kg. Łowca, czyli ja zadowolony aczkolwiek apetyt na większe rośnie.
 Jeszcze tego samego dnia wieczorem Marcin holuje karpia
z pod swojego markera wagowo to samo co u mnie.
 Na drugim brzegu też nie próżnują z tego, co pamiętam tego samego dnia wyholowali 3 ryby.
Zbliża się wieczór i pora konsumpcji. Odwiedza nas Darek i zaprasza na złocisty płyn, który dowieźli dwaj nowo przybyli Koledzy z Gdańska.
Długo się nie zastanawiając porzucamy nasze łowisko, obozowisko, sprzęt, wędki i spieszymy dotrzymać kroku już konsumującym Kolegą. Śmiechu
było, co niemiara teksty sypały się jeden za drugim. Wszyscy płakali ze śmiechu. Ja jedynie zwróciłem uwagę jak zwykle delikatnie jak tylko potrafię
Właścicielowi, że to dzisiaj to jedynie namiastka tego, co będzie na zawodach. Tomek, gdy to usłyszał się jedynie zadumał i zamyślił a następnie się napił.
I tak zeszła ta zasiadka na wspólnym biesiadowaniu i namiętnych dyskusjach o tym i o tamtym. Jeszcze następnego ranka w niedzielę Darek holuje pięknego
pełnołuskiego, ale już pod moją nieobecność gdyż z samego rana zwinęliśmy się Z Marcinem, obowiązki wzywają.

Moja refleksja jest następująca: w grupie siła i nie ma to jak znajomi, którzy są zarażeni tą sama pasją. TCT tworzy grupa naprawdę zajefajnych ludzi
i zawsze będzie miło się spotykać nad wodą.

Tomuś Labuda
|
|