Strona główna          Skład - galeria          Artykuły          Filmy          Przyjaciele teamu        

Bobolice nowe spojrzenie na karpie i deszcz.

Specjalnie dlugo tej zasiadki nie planowaliśmy . Wybór miejsca , tez raczej byl oczywisty. Razem z Arkiem postanowiliśmy spedzić dlugi weekend czerwcowy na zasiadce na Bobolicach , które dopiero w tym roku odkryliśmy. Byla to nasza czwarta zasiadka na tej ciekawej wodzie.




Woda spodobała sie nam od samego początku pomimo kiepskich wyników przy naszym pierwszym podejściu. Napewno Bobolic nie można zaliczyć do wód łatwych. Bardzo zróżnicowane dno z niezliczonymi zaczepami oraz duza ilością karpi ponad 10 kg, daje absolutną i pełną satysfakcje z wyników.


Pomimo , iz jest to łowisko komercyjne, nie nosi takich znamion. Juz sam wybór miejsca na położenie zestawów nie jest prosty i bez echa jest niezmiernie ciezko znaleźć to wymarzone. Miala to być moja pierwsza zasiadka, na której będę nęcił kulkami wlasnej roboty. Mało tego, miks bazowy równiez postanowiłem wykonać sam. Zacząłem od zakupu składników i tu sie zaczyna koszmar. Kupienie mąki kukurydzianej czy sojowej graniczy z cudem , nawet mleko w proszku jest nieosiagalne. Przez dwa dni jeździłem po sklepach i szukałem wszystkich niezbędnych składników. Na dzień przed wyjazdem rozpoczęła sie produkcja i musze przyznać , że jak na pierwszy raz kuleczki wyszły idealnie. Nawet ciasto sie genialnie formowało. Na noc do garazu na suszenie i nastepnego dnia wyjazd na łowisko. Nad wodą zameldowałem sie okolo 14.00. Arek był już zainstalowany włącznie z postawieniem markera. Zainstalowaliśmy sie w dość trudnym miejscu zarówno pod wzgledem biwakowym jak i wedkarskim. Niezliczone zaczepy zróżnicowane dno i dość niewielka odleglość połowu stawiały nasze szanse pod dużym znakiem zapytania. Marker postawiłem na skraju zaczepów, zanęcić postanowiłem na kilka metrów przed. Oczywiście Bobolice przywitaly mnie siarczystym deszczem, całe szczeście , ze przelotnym. Chwile po tym jak udało mi sie posłać zestawy do wody Arek zaciął i szcześliwie wyholowal 9,6 kg karpia. Jak zwykle karpik ostro odjeżdżał pod brzegiem ku uciesze wedkarza. Musze przyznać , iz odjazdów jakie maja karpie z Bobolic nie powstydziła by sie żadna woda. Hol nawet 5 kilowego karpia dostarcza mnóstwo wrażeń i satysfakcji . Standardowa procedura - mata, odhaczanie, foty , buzi ( nie tego chyba nie bylo ) i do wody.





Jak na Bobolice przystalo zanecaliśmy ostro , aczkolwiek do tej pory nie jestem pewien taktyki zanecania na tym łowisku. Generalnie trzeba uzbroić sie w duze ilości pelletu i to calkiem duzego. Kulki minimum 20 mm aczkolwiek sa tacy, którzy twierdza , ze 24 mm to za malo. Do tej pory sypaliśmy ziarna aczkolwiek doszliśmy do wniosku , ze ziarna na Bobolicach sa zupełnie niepotrzebne gdyz ściagaja w pole zanętowe kroczka , którego jest mnóstwo.


Pierwsza moja ryba zasiadki może nie jest okazała ale bezapelacyjnie musiała zostać sfotografowana. Na miłych pogawędkach i kilku bronkach zeszło nam do wieczora. Posiadajac doświadczenia wcześniejszych zasiadek istniało podejrzenie , ze nocka bedzie zarwana. Teoretycznie do 23.00 nic sie nie działo , oczywiście wystarczylo sie polozyć i sie zaczeło. Mieliśmy odjazdy regularnie w odstepach 1 lub pół godziny. Z pierwszej nocki najwiekszy karp miał wagę okolo 11kg. W sumie złowiliśmy około 7 ryb w przedziale wagowym od 4 do 11 kg Było juz całkiem nieźle zmordowany a czekało nas jeszcze wiele przygód. A i jeszcze jakiś taki przerażony wyszedłem na zdjęciu poniżej. Niestety nie mam lepszego za co wszystkich czytelników przepraszam. Po nieprzespanej nocce przyszedł w miarę spokojny dzień z bardzo rzadkimi braniami. Zmieniła sie pogoda, zaczął wiać porywisty wiatr i spadła temperatura. Okolo 16.00 wywieźliśmy pontonem zanęty i cierpliwie czekaliśmy na kolejne odjazdy. Tym razem brania zaczęły sie wcześniej okolo 21.00. Swoje zestawy przerzucałem około 20.30 Arek zasugerował abym na jeden zestaw założył jakąś ekstremalną niespodziankę. Po chwili namysłu wybór padł na zapach o nazwie magiczna róża. Ku zaskoczeniu wszystkich juz po pół godzinie sygnalek ostro zawył. Ja jak zwykle wystartowałem sprintem(???). Zaciecie i siedzi. Po holu pełnym emocji kilku odjazdach na macie laduje karp 12,5 kg.




W trakcie gdy odhaczałem rybkę na macie jedzie następny sygnałek. Kolejne zacięcie i siedzi karpik około 4 kg. I to moi mili Państwo były ostatnie chwile bez deszczu. Kolejne 24 godziny mieliśmy non stop siarczysty deszcz przeplatany regularnymi braniami. A tak wyglądały nasze stanowiska po wielu godzinach opadów



Na zdjęciu poniżej jeszcze widok pontonu po wywózce zanęty w czasie deszczu . Byłem cały mokry, wszystkie ciuchy, śpiwór, bagaże. Starym zwyczajem moje stare Cormorany w czasie deszczu zaczęły regularnie piskiwać. Czasami się zastanawiam ile jeszcze będe w stanie wytrzymać aby łowić karpie.


Hitem zasiadki okazała się być wcześniej wspomniana magiczna róża. Tak naprawdę tylko na ten smak mieliśmy regularne brania ku naszej uciesze. Zarówno ja i Arek zaliczyliśmy po mega odjeździe naprawdę dużych karpi ale, że nie byliśmy w stanie zatrzymać ryby momentalnie karpie parkowały w zaczepach i były już nie do wyholowania.


Ostatniego dnia w końcu pojawiło się słońce. Znowu kilka brań ale bez rewelacji. Zasiadka zakończyła się znakomitym wynikiem. Złowiliśmy tyle karpi , że nie pamiętaliśmy dokładnej cyfry. Na sam koniec jeszcze Arek ze swoim trofeum, no i zgadnijcie na jaką przynęte?


Z wędkarski pozdrowieniem Tomasz Labuda